Szlaki turystyczne

Znajdziesz tu informacje na temat miejsc, które są ciekawe do odwiedzenia. Prezentacja wizualizacji i zdjęć oraz opisów szlaków pieszych, rowerowych i Nordic Walking.

piątek, 26 luty 2016 11:56

TIR-em przez Europę i Rosje w głąb Kazachstanu

Autor: 
Oceń ten artykuł
(6 głosów)
w swojej kabinie w swojej kabinie fot. materiały własne autora

 

       Zjawiły się na naszych drogach na początku lat osiemdziesiątych, duże pięcioosiowe samochody ciężarowe Volvo, Mercedes i Scania. Skrót TIR oznacza Transport International Routier, powstał w konwencji międzynarodowej w 1975 roku. Upraszcza ona procedury na przejściach granicznych i w urzędach celnych. Formalności dla kierowców są ograniczone do minimum. Zaplombowany towar w TIR–e jest odplombowany dopiero na miejscu przeznaczenia. W latach osiemdziesiątych te auta wiozły zwykle do Polski dary żywności i odzieży z zachodniej i południowej Europy. Od czasu rozpadu Związku Radzieckiego, jeszcze bardziej zwiększył się transport tymi samochodami. Przez nasz kraj w obie strony przejeżdżało ich tysiące dziennie na Litwę, Białoruś, do Rosji, Estonii i Łotwy. Budziły zdumienie i podziw. Niejeden z młodych mężczyzn marzył, aby usiąść za kierownicą takiego olbrzyma. Wśród nich był mój rozmówca Marek Karkocha z Lubania/Kościerzyny.

Miał przygotowanie i praktykę mechanika samochodowego, dotąd naprawiał ciągniki i maszyny rolnicze. Potem zrobił prawo jazdy typu AB, a później zdobył również certyfikat firmy Scania – Polska, upoważniające do poruszania się samochodami ciężarowymi tej marki, po całej Europie. Pierwszy raz usiadł za kierownicą pięcioosiowego Mercedesa z naczepą, 23 lata temu, a później przeniósł się na jeszcze większą Scanię. Nigdy nie przypuszczał, ile czeka go niespodziewanych dotąd przeżyć i trudnych sytuacji, nierzadko dramatycznych, wydawałoby się, że bez wyjścia. Pod maską 500 KM, tysiąc dwieście litrów paliwa w baku, przestronna kabina z radiomagnetofonem, telewizor, lodówka, dwie leżanki i telefon, mogły zaspokoić najbardziej chimerycznego kierowcę. Do tego trzeba jeszcze dodać niezależne ogrzewanie a latem klimatyzację.   W początkowych latach Marek brał ze sobą solidną wałówkę z prowiantem, przygotowaną przez żonę. Sucha kiełbasa, konserwy, zupki w proszku, makarony no i oczywiście kuchenka gazowa. W następnych latach mógł już na rosyjskim szlaku, za niewielkie pieniądze kupić dobre jedzenie. Na parkingach nauczył się sam w krótkim czasie sporządzić niezły posiłek. Gdy było kilku kierowców z różnych krajów, posiłek był bardziej urozmaicony i lepiej smakował. Niekiedy sami obierali i gotowali ziemniaki, robili surówki, na deser zawsze były owoce. Gdy wypadł dłuższy postój, znalazło się i coś mocniejszego. Kierowcy znali się z wielu przejazdów tą samą trasą. Prowiantu z domu wystarczało tylko na jakiś czas, później dokupował chleb, owoce, jogurty, kwas chlebowy. Życie tirowca nie jest lekkim kawałkiem chleba. W przypadku Marka było ono z dala od domu, rodziny i ulubionych Kaszub. Ale w zamian przed Markiem otworzyła się możliwość oglądania wielu krajów, nieoglądana dotąd przyroda, spotykani ludzi na trasie, interesujące miejsca, dotąd znanych jedynie ze szkolnych lekcji geografii i ze słyszenia. Pojawiło się potem kilkanaście nowych państw, dotychczas nieistniejących, które są teraz na trasach jego przejazdu. Kierowca musi być cały czas skoncentrowany, trzymać dokumenty, faktury, adresy. W początkowych kursach nie było jeszcze telefonów komórkowych, ale szef niemieckiej firmy, w której był zatrudniony Marek, za pomocą telefonii satelitarnej, wiedział wszystko o miejscu swojego pracownika. Rzadko wtenczas oznakowane rosyjskie drogi zmuszały marka do szukania pomocy u kierowców dawnego Związku Radzieckiego.

Przejścia graniczne stanowią oddzielną stronę życia każdego kierowcy. Przekonał się o tym Marek już przy pierwszym wyjeździe. Miał zawsze przy sobie karton souvenirów i trochę baksów, jak między sobą obieżyświaty nazywają dolary. Te parę rzeczy muszą być w kabinie, bo ułatwiają życie i pozwalają znaleźć się zgodnie ze zwyczajami tam panującymi. Szczególnych emocji dostarczają w takich sytuacjach kraje rosyjskojęzyczne. Pogranicznicy nieśpiesznie wykonują swoje czynności, potrafią być nad wyraz dokładni, są zdolni przyczepić się do każdego drobiazgu, nawet do małej rysy na bieżniku opony. Dochodzą jeszcze niespodziewane korki szosowe na długość kilkunastu kilometrów, letnie upały, zimowe mrozy, kurz, awarie, gubienie trasy, zwłaszcza na autostradach, przychodzi ból pleców od długiego siedzenia. Jest jeszcze coś, co każdy kierowca dalekich tras musi wziąć pod uwagę, to rozłąka z domem, z rodziną, niekiedy na dwa, cztery miesiące. Mój rozmówca najdłużej poza domem był pięć i pół miesiąca, kiedy dwukrotnie miał kurs na kazachską Czitę. Leży ona daleko za Krasnojarskiem i magistralą transsyberyjską, 64 kilometry od granicy chińskiej. Do sławnego muru chińskiego miał tylko 64 kilometry. Tubylcy mówili mu, że przy dobrej pogodzie mur chiński jest stąd widoczny. Teraz powszechna komórka łagodzi tęsknotę za rodziną, żoną, dziećmi, a nawet za ulubionym psem, chociaż jej nigdy nie odsunie. Gdy zaczynał prace kierowcy, przez długie tygodnie rodzina nie wiedziała, gdzie jest aktualnie. Marek często miał kurs na Moskwę, gdzie przewoził koncentrat owocowy. Jeszcze parę lat temu, na długo przed Smoleńskiem, droga była w opłakanym stanie. Głębokie dziury na środku jezdni, część z nich naprędce załatana, auta jeździły w różne strony, nie przestrzegano przepisów, było łatwo o kolizję, stłuczkę, gumę. Ale w takim przypadku rosyjscy kierowcy nie zostawią kolegi po fachu, samu sobie. Obecnie najdroższe miasto Europy Moskwa, jest otoczona pięciopasmowym kolcem, czyli obwodnicą. Zarówno do Moskwy jak i dalej na wschód Marek jechał wiele razy. Po drodze spotkał sporo wsi, mniejszych i większych miast. Około 1800 kilometrów na wschód od stolicy Rosji leży Jekaterynberg, miasto okrutnego zgładzenia z 16/17 lipca 1918 roku, carskiej Romanowów i rodzinne miasto Borysa Jelcyna. Dalej zaczyna się inny świat. Człowiek zatraca proporcje odległości i czasu.   Najpierw mieszane lasy z przewagą białych brzóz, potem sosna, rozległe   moczary i łąki, tylko gdzieniegdzie przycupnięte wioski. Drewniane, jaskrawo kolorowe domki pod eternitem z kominami, nadwyrężone sztachetowe płoty, a od strony drogi ławki z siedzącymi kobietami w chustach. Przy nich ogródki warzywne z kapustą, cebulą, ziemniakami, ogórkami, marchwią, truskawkami, szczypiorem i jeszcze czymś. Zawsze jednak starannie pielęgnowane i podlewane. To duma właścicieli i źródło żywności na zimę dla siebie i koniecznie dla rodziny z miasta. Natomiast za miastem widoczne, lub ukryte wśród drzew dacze, zamieszkane w weekendy i latem przez zamożniejszych ludzi z miasta. Dalej za widnokręgiem groźnie wyglądające ciężkie chmury, sosnowe lasy przechodzące w jednostajnie płaski teren, stepy, bezdroża, linie telefoniczne. Niekiedy trasa wiedzie obok sławnej magistrali kolejowej Moskwa – Władywostok. Nigdy nie myślał, że za Uralem spotka taki bezkres, ogromne szerokie rzeki; Irtysz, Ob, Angara, Amur, Lena, głębokie wąwozy, wśród pasm górskich. Tu Marek zobaczył małe skupiska chałupek i natrafił na   Polaków. Nie obywa się wtedy bez spotkań w ich mieszkaniach z dywanami na ścianach, ślubnymi portretami, serdeczną rozmową i poczęstunkiem. Zawsze znajdzie się szklanka mocnego specjału pod słoninę, ogórek albo jabłko. Otwartość ludzi wschodu jest nie spotykana gdzie indziej. Jednak i zdarzenia straszne można tu przeżyć. Któregoś dnia był świadkiem śmiertelnego makabrycznego wypadku kolegi tirowca. Zmasakrowane ciało długo wyciągał ze zmiażdżonej kabiny. Ciarki po plecach przechodzą, gdy o nich mówi. Nigdy jednak nie popadał w panikę, zawsze zachował zimną krew i orientację. Parkingi nocą są niekiedy miejscem wielu zdarzeń, również niekiedy odwiedzin dziewczyn lekkich obyczajów.

Podróż przez stepy i pustynne bezdroża Mongolii, dostarczają latem wielu utrapień z powodu wszędobylskiego kurzu i pyłu. Bez założenia maski można się udusić, nie można też się zatrzymać, bo samochód zalegnie w piasku po osie.   Każdy pojazd znajdujący się na drodze wzbija tumany kurzu, nie pomaga szczelność kabiny, aby się do niej nie dostał. Latem temperatura sięga 50 stopni, a zimą spada poniżej 50 stopni, ale przy zupełnej ciszy, nie odczuwa się zimna.  

     Słabe drogi o szutrowej nawierzchni, niekończąca się dal i jednostajność powoduje u kierowcy znużenie. Może dlatego i tu dotarły tachometry, a jeszcze pięć lat temu Marek mógł jechać tyle, ile chciał i tyle ile mógł. Teraz wprowadzono te urządzenia, aby po każdych czterech godzinach za kierownicą, kierowca zrobił 45 minut przerwy i dopiero po tym wyruszał na kolejne cztery godziny. Na tym koniec jazdy tego dnia. Gdyby to złamał, w razie kontroli policji drogowej GAI, groziłby mu słony mandat. Ale i tak, przejeżdżając każdy most trzeba mieć na opłatę 5-10 dolarów. Taki jest zwyczaj i nic go nie zmieni. Od wielu opłat uwolnili Marka Kazachowie, którzy znając doskonale drogi, pokazali mu, którędy można wyminąć posterunki GAI. Dyskusja z nimi jest trudna, nie należy wdawać się w dłuższą rozmowę, ani nie okazywać, że się ich boisz. Anglicy nie mają odwagi jeździć w tamte strony. Kiedyś przy wyjaśnianiu sprawy, wybito Markowi zęby, innym razem wpakowano go do więzienia na 7 dni o kawałku chleba i garnuszku wody za to, że pod siedzeniem leżało opakowanie gazu obezwładniającego. Był to gaz jego poprzednika, który zapomniał zabrać go ze sobą. Kiedy indziej w nocy spał na dolnej półce, gdy zbudził go huk strzałów. Zobaczył podziurawiona kabinę i posiekaną górną leżankę. Gdyby tam spał, już byśmy dziś nie rozmawiali. Okazało się później, że to były porachunki między mafią, a on znalazł się na ich drodze. Kiedyś uniknął dużego wypadku, gdy w jednej sekundzie musiał wybrać, uderzyć w gromadkę dzieci, czy w szkołę. Nagłe szarpnięcie kierownicą i cysterna znalazła się na ziemi, ale dzieci i szkoła nie ucierpiały. Innym razem gdzieś w kraju obić dobiegła do niej gromada miejscowych ludzi, którzy rozszarpali ją na kawałki i wzięli. Przez parę dni było co jeść. Widział też, jak drogowi policjanci otworzyli drzwi TIR- i wzięli sobie połowę wieprzowych tusz.                      

Marek przewoził różne ładunki. Najczęściej był to koncentrat owocowy, środki chemiczne, komputery, meble, miedź, ale miał również kursy z nieznanym sobie ładunkiem. Na granicach podawał pogranicznikowi zalakowaną kopertę i ruszał dalej. Dojeżdżał do celu, wyładowywał towar i wracał na wskazane miejsce. Był kiedyś zdziwiony, gdy zawiózł 30 ton koncentratu do Murmańska, a po jego wypompowaniu, dostał polecenie kilkaset kilometrowego kursu do Petersburga. Tam myjką pod ciśnieniem 80 atmosfer miał wymyć cysternę i z powrotem wracać po inny ładunek do Murmańska. Osobnych wrażeń dostarczył Markowi kurs przez Bajkał Jest to najgłębsze jezioro na kuli ziemskiej z przeźroczystą na głębokość 40 metrów słodką wodą. Od jesieni do wiosny Bajkał  jest przemarznięty na półtora metra. Otwiera się wtedy raj dla wędkarzy, którzy spalinowymi wiertłami przewiercają otwory w lodzie i wyciągają ogromne ryby. Również samochody ciężarowe wyznaczają sobie trasę przez Bajkał, żeby skrócić o 160 kilometrów drogę na drugą stronę. Jednak emocja w tym przypadku jest nie unikniona. Raz Marek chciał to zrobić i wjechał na zamarznięte jezioro. Jednak po kilku kilometrach tafla zaczęła skrzypieć, może dlatego, ze obok niego jechały również samochody osobowe. Marek zawrócił.

   W południowej Europie przez górzyste odcinki Niemiec i Czech, TIR -y z ładunkiem są wtaczane na wagony i dowożone do bezpiecznych tras. W Europie docelowo, lub przejazdem Marek był we wszystkich krajach z wyjątkiem Liechtensteinu, w którym ze względu na ochronę środowiska, niedozwolone są wjazdy samochodami ciężarowymi.

Prze parę lat Marek jeździł po krajowych drogach i od dwóch lat przeszedł na emeryturę. Już nie wyruszy jeszcze na dalekie trasy. To co było dotychczas jego udziałem, gdy po nich przetaczał ogromne TIR-y zostały mu w pamięci i na setkach zdjęć, zostało jako coś niezwykłego, pociągającego i ryzykownego. A to ryzyko, bo taki ma charakter, trzymało go przez długie lata. Budził się rano następnego dnia i znowu siadał za kierownicą olbrzyma, żeby dotrzeć do wyznaczonego celu.  

                                                                                     Tadeusz Gawlik                    

           

Czytany 1101 razy Ostatnio zmieniany piątek, 26 luty 2016 12:01

Skomentuj

Komentarz zostanie opublikowany po zatwierdzeniu przez redakcję.


Proszę rozwiązać proste zadanie (blokada antyspamowa):

Skocz do:

Ostatnio dodane

Polecamy

Zdjęcie z galerii

Ostatnie komentarze

Gościmy

Odwiedza nas 100 gości oraz 0 użytkowników.

szwajcaria-kaszubska.pl