Społeczność

Kaszuby - (kasz. Kaszëbë lub Kaszëbskô) to kraina historyczna w Polsce, będąca częścią Pomorza, którą zamieszkują Kaszubi, Tutaj prezentujemy historie ludzi związanych z regionem Kaszub.

piątek, 22 lipiec 2016 18:47

Anna Dziewiątkowska z pamiętnika – NIEZAPOMNIANE LATA 1939 - 1945

Autor: 
Oceń ten artykuł
(5 głosów)

Norbert Maczulis

 

   Drugi pamiętnik spisany ręcznie przez Annę Dziewiątkowską. Są to oddzielne fragmenty, niespójne czasem, pisane w różnym czasie. Obejmuje okres uwięzienia w Kartuzach, ucieczkę do Brus i udział w partyzantce.

   Tragedia… i ciągły strach, i wielka determinacja.

   Po wojnie odbudowała Figurę Matki Boskiej Królowej Korony Polskiej w Parku Miejskim w Kartuzach w 1945 r..

   W 1998 r. wydałem książkę Kartuzy – dziejów miasta i powiatu, w której są stosowne opisy i fotografie.

   W 2009 r. wydałem książkę Kartuzy 1939. Wspomnienia, w której zamieściłem część wspomnień A. Dziewiątkowskiej oraz fotografie i ich opisy.

 

                                                       

                                                        *****

   Więzienie 11 IX  1939 r. godz. 10.00

   Już się zaczęło żyć po niemiecku, 7 - 8 razy w dzień i noc przesłuchy. Postulaty podano od władz, czy chcę zostać szpiegiem, czy chcę być Volksdeutsch. Nie wiedziałam, co to wszystko znaczy. Gdy odmówiłam: szpiegiem nie byłam, nie jestem, ani być nie chcę. Wtedy znowu dostałam po krzyżach gumowym batem. Ale tak trochę grubszym i dalej do celi.

   Jeść. Cudownie nas odżywiano: kubek czarnej kawy na cały dzień i skibkę czarnego chleba. Na obiad kasza z kartoflami bez soli. Na drugi dzień znowu kartofle z kaszą bez soli. Chleb trzeba zjeść bo zostawiło wojsko polskie i był spleśniały. Śmiałam się, że to lekarstwo. Ale mogłam moje porcje z powodzeniem oddać, bo gdy rano 12-tego września 39 r. dostałam wiadomość, że zostanę rozstrzelana, to nie chciało mi się nic jeść.

  Co dzień rano dwóch żołnierzy z bagnetami na karabinie koło drzwi, a drugi więzień, podał mi jedzenie. Sobie wmówiłam, że zobaczę czy Pan Bóg jest mocniejszy, czy nieprzyjaciel. I nie wiem, jakim cudem znalazłam w kieszeni Nowennę do Matki Boskiej Ostrobramskiej. Bo tę Nowennę przywiozłam sobie z Wilna, gdy Hołd Pomorza jechał na pochowanie serca Marszałka Piłsudskiego do Wilna.

    Gdy Niemiec przy rewizji w celi chciał mi ją zabrać, spytał się mnie, „co to jest„? Powiedziałam mu, że to Gebetbuch, książka do nabożeństwa, popatrzył sie na mnie, kiwnął ręką, ach masz mieć, bo i tak nie będziesz długo żyć.

   Gdy się drzwi więzienia zamknęły, dopiero przeglądam książeczkę i patrzę, jest tam pismo w liliowym liściku -  modlitwa do Matki Boskiej, ażeby nas zachowała od Hitlera. Zdębiałam, porwałam z żalem liścik i zjadłam papierek.

    I od tej pory rozpoczęłam Nowennę o przyjście do domu, choć na chwilę. Ażeby choć testament zrobić z meblami i resztą rzeczy. Zawsze miałam umeblowanie na trzy pokoje. Teraz zostawić je bez łaski ? Śniłam wtedy, że nic nie wolno ruszać bez mojego zezwolenia. Ale okazało się, że było inaczej. To, co było polskie, stało się niemieckie, czego my Polacy nie wiedzieliśmy. Ale potem dowiedzieliśmy się.

  Więc gotuję się na śmierć i zarazem proszę Boga o życie, aż 18-tego września 1939 r. w nocy budzą mnie. Muszę zaznaczyć, że przez 9 dni leżałam na ziemi bez łóżka, aż 9 dnia przyszedł młody SS – mann, major. Gdy był już na schodach słyszałam, że tylko tę babę chcę widzieć. Żołnierz otworzył celę i on oglądał okno. Spytał, dlaczego nie mam łóżka ? Żołnierz powiedział, że nie trzeba, że... lecz ten major znowu powiedział, że jest pod opieką SS i po godzinie przynieśli mi łóżko, siennik, barłóg, a nie słomę, pcheł tyle, że mogłam z nóg je zgarniać. Miałam gorszą mękę, jak siedząc na podłodze. A tego wieczora, kiedy zdano służbę, znowu to samo. Tu siedzi Flintenweib, baba , która strzelała do Niemców. Zawsze skakali na mnie jak szakale, bili, pluli, a tego wieczora 18 września 1939 r. jakoś żołnierz nic nie mówił, tylko patrzył na mnie jak wryty.

  Ciarki chodziły mi po ciele, już nerwy miałam tak potrzaskane, że bez przerwy się trzęsłam. A gdy oni ode mnie odeszli i pozostałam sama w swych rozmyślaniach, co to dalej będzie, otworzyły się drzwi mojej celi. Zlękłam się ogromnie bo ciemno w celi, a żołnierz miał latarkę, która strasznie świeciła w oczy. Odwrócił ją, zaciemnił i powiedział do mnie tak łagodnie, dlaczego tu siedzę? Powiedziałam mu, że chyba słyszał. A ów żołnierz na to, „ja tak się zląkłem, bo myślałem, że to moja matka, tak podobna jak kropla wody”. Ach, dlatego pan zaniemówił. Żołnierz nie odpowiada. Co ja tu widzę, co tu się robi, mi się nie chce wierzyć. Otworzył drzwi celi i kazał mi być w drzwiach, ażeby noc nie była tak długa. Więcej jednak miałam strachu, ażeby zbiry nie przyszły i zaczęli katować. Na drugi dzień przyniósł mi swój obiad, który zjadłam i był to ryż z baraniną, tak jak spożyłam obiad, ciężkie bóle brzucha. Po południu przyniósł mi 4 szneczki stare, bo mówił, że świeżych nie ma, a mnie to akurat służyło do tego smacznego obiadu. Bo tak to chyba by mnie jelita rozsadziło.

  Najgorsze były wizyty od godz. 16 – 17. Przyjeżdżali samochodami z Gdańska – Hitler Jugend. Ci się nad nami więźniami wyżywali, pluli w twarz, wyzywali, kopali i przede wszystkim robili zdjęcia. Ja byłam zawsze uśmiechnięta, choć mi się z twarzy różne plucie zsuwało. Nigdy nie byłam smutna. Bo już w Polaku taka krew, dobrze jest cierpieć dla ukochanej Ojczyzny. Ale tchórzem być, to nie da rady. Nigdy, ani nie prosiłam, ani łzy nie opuściłam, bo my Polacy jesteśmy przyzwyczajeni cierpieć. A gdy się pomyślało, że cały naród cierpi, to chyba nie mogłaś stchórzyć przed wrogiem.

  Już nasz kochany ojciec wbijał nam polskość, bo on jako urzędnik niemiecki był bardzo poniewierany. Był zawiadowcą stacji. Ożenił się w 1902 r. z moją matką, Kaszubką, która nie umiała po niemiecku. Uczyła nas pacierza po polsku. Niemcy podsłuchiwali nas, za to ojciec rok rocznie był przesiedlany. Każde z nas, dzieci, urodziło się na innej stacji. Najstarszy brat w Krzesznej, pow. kartuski, drugi brat po 1,5 roku w Klinczu Wielkim k. Kościerzyny, a ja w Miechucinie, pow. kartuski.

  Wtedy ojca ogarnęła rozpacz. Porzucił pracę jako zawiadowca stacji i poszedł do budowy kolei żelaznej. Tam był aż do 1914 r., do rozpoczęcia pierwszej wojny światowej i wylądował w Tylży w Prusach Wschodnich. I zawsze mówił nam, przeklęte Niemcy, tylko jedno, za moją krzywdę trzeba się zemścić. Uciekł z niewoli rosyjskiej w 1917 r., bo był głód i dlatego chciał dostać się do domu.

   A już coś gruchotało o wolności polskiej. Ojciec był Poznaniakiem, a gdy w 1918 r. Wilhelm II odszedł, ojciec od razu nam podał, czego mieliśmy się uczyć, a czego nie. Zaznaczam jednak, że już uciekliśmy z Tylży z powodu głodu do cioci do Starkowej Huty, w pow. kościerskim. Ojciec już do nas wrócił. Jaka to była frajda, że nie musieliśmy chodzić do szkoły.

                                               *****

A męża nie było. Faktem było, iż przechodząc przez Kartuzy wszedł do domu ojca pytając, czy i co się ze mną stało. Wiedział, że byłam w więzieniu. Przez noc był w domu, a rano poszedł dalej przez Toruń, Kongresówkę, Czechy, Węgry, Jugosławię, aż do Francji, gdzie wstąpił do Armii Polskiej już w 1940 r. i przeszedł cały front Tobruk, Monte Cassino.

   Zabrali mnie z powrotem do celi, ale już innej. I siedź. Teraz dopiero było się tu bez jakichś powodów. Dlaczego z powrotem? Trzeba znowu drżeć o życie. Całe więzienie było puste, bo wszystkich wywieźli, tylko zostało nas czworo. Kobiet nie było.

   Ale był to taki jeden dzień. Następnego dnia znów jeńców wożą, wożą i wożą. Moja funkcja sprzątania celi i biura ustała. A pan Dunst zawsze miał do mnie pretensje, że nie dość wyszorowałam celę. A dał mi tylko garść słomy i czystą wodę. Chciałam już zębami łotrowi podłogę myć, lecz nie mogłam. On zawsze tylko krytykował, ażeby mi popsuć nerwy. W niedzielę musiałam prać bieliznę, obierać Szwabom gęsi z piór, bo ze wsi poprzywlekali ich tyle, a chcieli mieć czyste.

  Lecz gdy znowu poprzywozili jeńców, nie wiem dlaczego, zabronili mi w ogóle wychodzić z celi, a jedynie do sprzątania. Bo gdy się dowiedziałam, że jestem pod pręgierzem Gestapo, tak jak mówił ten młody major, więc to już koniec.

   A jednak żołnierze mi mówili, że mogę jeszcze wyjść, nie mam chorować. Nawet jeden mi mówił, że gdy wyjdę, da mi adres do swoich rodziców. Mówił, że jestem podobna do jego matki.

  I tak znowu za kilka dni wywieźli całe pełne wiezienie Polaków. Był samochód, autobus Kruszyńskiego. Okna były zawieszone szmatami Winterhilfswerke NSN, ażeby nie było nic widać. Przy wejściu autobusu stał policjant z karabinem, a kierowca był w mundurze wojskowym. Drugi samochód ciężarowy załadowany był Niemcami, cywilami z bronią i karabinami.

   Ci zawsze jechali z przodu, a za jakieś pół godziny do 45 minut wracali. Gdy był wywóz, to obracali cztery do pięciu razy dziennie. I znów więzienie było puste. Zostało nas troje. Ale znów na parę godzin. Gdy zaczęło się ściemniać, to znowu jeńców ładowali i ładowali do celi.

                                                        ****

   Do mojej celi przyprowadzili raz dziewuchę pełną wszy. Gdy to Borkemu zameldowałam to myślałam, że Dunsta zje. Nie wiem, co do mnie miał, ale gdy był dłużej w Kartuzach, zmienił się. Może i moje słowa go skręciły, gdy powiedziałam mu, że tych najlepszych nie ma, a łobuzeria została. Bo żaden porządny człowiek nie będzie drugiego człowieka skazywał na śmierć. A gdyby dziś w nocy wróciła Polska, to on pierwszy, zawisłby na Rynku. Może i to go poruszyło.

   Lecz po zakończonej wojnie bardzo dużo słyszałam, że się za mną wstawili, tylko mnie bronili jako człowieka, a wszystkie burdy o zabiciu itd, to był tylko kłam.

  Tak więc byłam do 26 XI 1939 r. w więzieniu. Odbyła się rozprawa zaoczna i skazali mnie na 4 lata Dachau. Ale jeszcze raz chcieli mnie puścić, ażeby męża złapać. I tak 26 XI 39 r. wypuścili mnie z więzienia schorowaną, bez mieszkania i bez grosza.

   Gdy poszłam kupić bułki, chleb czy mięso z kartkami, to każdy mi je dał, ile chciałam, za minimalną opłatą. Wszędzie mówiłam po polsku mimo, iż było to zakazane. Gdy przyszłam do rzeźnika, Niemca Franka, ul. Gdańska, to wchodząc do sklepu mówię: „Dzień dobry”. Stoi znajomy malarz Radlow i mówi, że nie wolno mówić po polsku. Mówię, że inaczej nie umiem. Ludzie się rozstąpili i mogłam przejść do sprzedawczyni p. Frank.

   Ona pyta, co chciałam. Mówię to, pyta dalej, oglądam się. Ojciec mówił, że tylko nóżki wieprzowe dostanę na kartki i to parę deko. Oglądam się, bo myślałam, że ktoś coś mówi, ale widzę, że nie. Wszystko słucha, nikt się nie odzywa. Wiec mówię dalej, może i to. Co jeszcze. A może i to. Pokazuję wszystko palcem. Ile? Wzruszam ramionami. Ona kroi. Widzę, że ładną kupkę mam przed sobą lecz pieniędzy mało.

   Więc dziękuję. Pytam, ile płacę. Nie pamiętam już ile zapłaciłam lecz oczy wytrzeszczyłam, że tak mało. Lecę do domu i cieszę się, że tak dużo towaru mam za parę groszy.  Muszę powiedzieć, że ludność współczuła mi bo ja jedna kobieta w Kartuzach tyle wycierpiałam. A gdy na ulicy mnie spotkali to się pytali, czy jestem siostrą p. Dziewiątkowskiej. Odpowiedziałam, że tak. Więc ładnie musiałam wyglądać.

  Pewnego dnia dostałam wiadomość przez Feliksa Labudę, że mnie ponownie aresztują, bo transport jedzie do Dachau. Oj, moi drodzy to nie dla mnie, walizkę pod pachę choć ojciec nie kazał. Chora i słaba całą noc przebyłam w ubikacji na dworcu, a ojciec poszedł w dzień poprzedni kupić bilet. Zawsze po południu w kasie biletowej był Polak. Gdy się chciało wyjeżdżać z miasta, musiał być Passierschein (przepustka). Tego nie miałam bo nie wolno mi było opuszczać miasta.

   Ojciec pracował w bileterce, stąd też poszedł później na rentę. Tak teraz dostał bilet od kolegi, a ja 15 marca 1940 r. mogłam wyjechać pociągiem pod Brusy.

  Pociąg ruszył. Na Imię Boskie. Żegnam się z Kartuzami. Jeszcze w pociągu spotkałam znajomych, ale nikt mnie nie poznał.

  W ciągu tych trzech miesięcy straciłam dobre 10 kg. Już chyba miałam 58 - 60 kg. I wcale jeszcze ani bardzo z ubraniem bo też Niemcy mieszkanie zaplombowali i już nigdy dostęp, raz na 1 dzień i już koniec. Więc nie czekałam na lepsze czasy.

   Uciekać gdzie bądź, tylko precz z Kartuz od kochanych psów, od tych ludzi, co cały czas bezpłatnie uczyłam pływać, całej młodzieży szkolnej. Całymi latami byłam nad jeziorem i znałam każde dziecko i nawet każdego rodzica.

   A gdy Niemiec wkroczył to nie wiem, jak może się dla nich zmienić. A tu zabić ją, ona tylko trzymała z burżuazją, a pytam się, czy dziecko z Domu Dziecka ,to też burżuazja, czy wszystkie dzieci ze szkół też burżuazja.

   Jednak byłam córką kolejarza, co teraz zarobił więcej to mogłam rzucić ten kurs, a lepiej iść się popatrzyć, a nie piec się na słońcu od godz. 10.00 do 16.00. Ale mój najlepszy czas to dać ludziom to czego skąd indziej nie mogą mieć. Bo mieć piękne jeziora, wodę, a nic z tego nie wziąć przez te 4 lata do 39 roku. Przynajmniej 4 osoby zaznały ten najlepszy sport pływania. Bo całe życie do tej pory tylko społeczna praca mnie interesuje. Jeszcze dzisiaj ci, którzy się u mnie uczyli, to dwoje dzieci mnie polecają. A nawet miałam swojego pupilka w wojsku.

   Był to Kruszyński z ul. Gdańskiej, Leona syn porucznik, który był wicemistrzem. Jak to pięknie kiedy zdobył wicemistrza przysyła mi pozdrowienia, a dzisiaj jest majorem wojska polskiego, a zawsze gdy się spotkamy to z miłym uśmiechem i wielką godnością mnie wita. Czy to nie ładnie, czy to się nie wyróżnia cała praca. Chyba dobrze dać ludziom coś, ażeby zostało w pamięci. Tak więc, jadę, nie uciekam przed swoimi ludźmi i nie wiem dokąd się udać, ale ażeby naprzód.

   A pociąg wiezie i razem buch precz buch precz, a gdy już szybciej gonią to tylko słychać uciekaj, uciekaj. I tak uciekam aż do Brus, bo był u mnie czeladnik przez 4 lata, więc myślałam, że chociaż parę dni pozostanę, a później dalej. I wiecie, że dosłownie przez 4 lata ci biedni ludzie się mną opiekowali.

   Ile to strachu my razem przeżywaliśmy. Więc ani nie znałam dobrze drogi, tylko miałam walizkę małą. Wysłali więc chłopca, ażeby jechał na rowerze, żeby przyjechał po mnie. Tu wcale niedługo przyjeżdża koń i gospodarz, ale my się nie znamy. A okazało się, że to drugi, co po mnie przyjechał. Nie pytając mnie dużo, niech pani wsiada. Ja Panią podwiozę, wiem gdzie Mikołaj mieszka, więc jedziemy.

   Gdy przyjechaliśmy na podwórko już poznałam tam twarze, które szukałam. Wielka radość naturalnie, nic nie mówiłam, że uciekłam, tylko że chciałam trochę odpocząć po mojej kuracji więziennej. I tak się ciągnęło, aż po jakimś czasie trzeba było mówić, że miałam być wywieziona a teraz nie ma powrotu. A nie mówią staruszkowie, chyba nie potrwa to długo. W dzień Mikołaj chodził do Brus, ażeby się coś dowiedzieć.

   A gdy wrócił to wprzód co słychać, taka odpowiedz już niedługo, im się dupy palą i tak w kółko ten człowiek nie wiedział jak ma mnie pocieszyć, i jak ten czas szybko ma polecieć. Wiejski chłop słabo czytał a pisać nie wiem, ale polska krew i wszystkim, gdzie byłby się przydał. Aż to pewnego dnia, a to coś było w kwietniu 1942 r..

   Jest niedziela, wszystko pojechało do kościoła, a ja sama w domu, wtem ktoś puka, proszę, wchodzi człowiek nieznany i chce grzebienie sprzedać, patrzę spod oka nie wiem, czy to szpieg, czy swój, więc pytam ostatecznie kogo pan szuka, bo ani zbyt dobrze po niemiecku, po polsku nie chciał mówić. Kładę wszystko na jedną kartę, widzę że jest sam bo pies dalej nie szczeka na podwórku, pytam konkretnie o co chodzi, on ogląda się i mówi pani sama, a co to was obchodzi. Widzę że gapa wiec ostro do niego, a on wyjmuje fotografię powołuje się na znane nazwisko. Kosobudzki Stefan sąsiad prosi, czy mogłabym z nim pojechać do Leśniczówki, bo już długo mnie szukają, ażeby na rzecz polską pracować. Aż we mnie zadrżało to moje marzenie odpłacić się Wam. Ale czy jemu wierzyć czy nie pułapka? Więc może, że tak zaraz nie mogę gdyż wrócą z kościoła, nakarmiłam człowieka i kazałam mu się położyć do (bo prosił czy może się przespać) łóżka, ażeby wypoczął, bo widziałam że był bardzo zmęczony. Też gdy się położył zaraz zasnął, a ja rewizję koło niego nic nie miał. Tylko porządną kurtkę i tą sobie pod głowę położył, nie bardzo bo się poduszka podniosła i była widoczna, Oj, jaki tu kęs, lecz nie wiem czekać i czekać, co dalej. Gdy już nadchodził czas, przebudziłam tego człowieka był wprost nieprzytomny gdy doprowadziłam go do równowagi. Ubrał się i pojechał wprzód, ja nie czekając powrotu moich zostawiam kartkę na stole, że wrócę muszę wyjechać, bo byłam pewna.

   Za laskiem spotykamy się i jedziemy rowerem bokiem, drogami do Leśniczówki Ciernicy Tam, gdy wchodzimy i widzę tą serdeczną minę i przywitanie lepiej mnie się zrobiło, bo jeszcze zawsze miałam palec na spuście, bo miliony myśli mnie krążyły po głowie, a czy dobrze, a czy źle zrobiłam itd. Gdy tak przy kawie mi oznajmiono mi, że już długo mnie szukają, tylko nie mogli na mój ślad przyjść, ale gdy teraz się dowiedzieli to już wszystko dobrze, więc czy chce z nami pani pracować. Oj jak najszybciej, ażeby w jakim choć względzie odpłacić się Niemcom za tak wielka krzywdę. Pobita za co wygnana za co chora, chce pani z nami pracować, to by mogła pani do Swornychgaci pojechać do Jakusza i tam się zarejestrować i przysięgę złożyć. NR. przyjąć i pseudomim. Więc jedziemy, nie znałam p. Jakusza z Swornegacie, miał sklep, wchodzimy, a tu starszy Pan nas przyjął. Tamten sobie poszedł dalej po krótkiej rozmowie. Jakusz niedługo czekał na rozmowę wyjął krzyż z Panem Jezusem i przed krzyżem przysięga, Nr 175 tak jak miał Jakusz, bo mi mówił, iż będę jego Nr tylko Franciszka II i już do roboty miałam przeprowadzić 40 partyzantów z leśnicy. Tam w tych okolicach w lasy pod Brusy z powodu, iż był taki dowódca, który sobie za dużo pozwolił, chodził, pił i ludzie, którzy tam byli bali się wsypy. A gdy mnie zaprowadzono do tego bunkra były i tam duże Rosjanki, które były chore na grypę, a uciekły z pracy i w lesie natrafiły na bunkier, a gdy weszłam były bardzo speszone. Ja im zaraz herbatę lipową lecz nie chciały pić. Wiec sama dużo wypiłam i dopiero wypiły.

   Z nimi rozmowa nie szła, bo po rosyjsku nie umiałam. Po paru dniach wiedziałam, że to mamy bunkier budować. To sprawiło jeszcze więcej czujności, a gdy już wszystko przeszło do stodoły, było jeszcze  około 30 km. przeprawy. To ja poszłam krowy doić i zarazem zacierki nagotowałam i pajdę chleba do tego i wszystko się najadło, a było to tak dobrze bo gospodyni wtedy leżała chora w łóżku, tylko gdy chleba było piec jej się nie zgadzało, że tak szybko był chleb zjedzony. A po 24 godz. dalej w świat, musieliśmy wszystkich porozdzielać. A trzeba było bunkier budować i tak. A czujność wszędzie dookoła. I tak zaczęła się praca, rozkazy dowozić.

   A wtedy lepiej można się obracać, pamiętam jednej niedzieli na wiosnę (zielone światki) w roku 1942 miałam szyfr przewieść, jadę bardzo wcześnie przez pola za dworcem, bo jest to najprostrza droga. Patrzę, a tu pod lasem coś bardzo dużo ludzi, miałam szyfr uczepiony w włosach, a gdy jadę bliżej zauważam, że to obława szkopów, co robić? Przede wszystkim zjeść szyfr, a potem szybko okrężną drogą do domu. A tu wszystko spokojnie jak w niedzielę rano i parę chłopców u nich, ale tu teraz w te pędy rozejść się. A ja z powrotem. A gdy tak jadę koło domów chłopów, co pracują w lesie padł strzał, przede mną jechała listonosz kobieta, krzyknęła, rzuciła rower na drodze i wpadła do tych domów. Ja dalej jadę bo muszę wiedzieć do kogo to strzelano. A ze stegny szkopy idą bardzo młodzi spoceni od strachu, muszą mi zejść z drogi, ja sobie jadę jak pan choć mnie wszystko się kręci. A gdy dojdę lasu zejdę z roweru i coś robię koło łańcucha, ażeby w tył zobaczyć, czy kogoś nie prowadzą. Nie więc jadę dalej,a tu na górce w krzaku usiadłam i patrzę na szosę, pełno samochodów zielonych. No teraz będzie robota, lecz tak siedzę parę godzin. A już wiem, że do nocy nikt nie waży się zostać w lesie i też około 16.00 wychodzą żołnierze z powrotem, a nikogo nie prowadza.

   Ucieszona lecę do stałego gościa u Położnej na górce Januszewskiej koło krzyża, a gdy wchodzę siedzi sobie pan . A ja do niego, Panie Pan czeka na aresztowanie. W tej chwili roi się od gestapo na szosie i samochodach, a Ty tu siedzisz gapo. Zerwał się na równe nogi a no już. Za późno moja misja skończona, a ty siedź i słuchaj jak było i mu opowiadam, co się stało, jak mogłam się wpakować w najgorszą kabałę, lecz moja odpowiedzialność dla kogo przysięgałam nie dała mi spokoju. Albo być albo nie być i dobrze wiedziałam że u młynarza są partyzanci i jak szczury pouciekały. I to tak mnie ucieszyło, że znów byłam komu pomocna. A najwięcej, że nikogo nie aresztowano, a wojska było na pewno jakie trzy kompanie bo chłop koło chłopa. Przeszli cały las, a od rana do popołudnia można kawał drogi obejść. Znowu na duszy lżej i czekamy dalej dzień po dniu.

   A gdy sobie przypomnę takie zdarzenie, musiałam iść do i tak sobie jadę rowerem ubrana jak Niemka półbuciki skarpetki czapeczkę na bakier szal przez ramię i aparat fotograficzny na drugim ramieniu i dość wesoło, a stoją chłopcy koło sklepu i tak patrzą na mnie. A jeden mówi: ta aż śmierdzi za Niemką aż żem się ucieszyła, ale nie mogłam im nic mówić tylko oglądałam się wchodząc do lasu, czy oni czasem gdzie za mną nie pędzą.

   Ale jednak nie. Więc idę polną drogą obok dworca i muszą iść przez most, idę ja po jednej stronie mostu, a gdy jesteśmy naprzeciw siebie staruszek rękę w górę i mówi Heil Hitler, ja na niego patrzę przystanęłam i mu mówię: pocałuj go w dupę, Chłop oczy wytrzeszczał zaniemówił, zbladł, a ja z podniesioną głową idę dalej. Uważam, że już przestał na całe życie mówić (Hei Hitler). Skóra i tak we mnie buczała bo nie wiem czy ktoś mógł usłyszeć bo tam niedaleko była leśniczówka i nigdy nie wiesz, ale już człowiek z tą zemstą chodził i nie mógł się opanować.

   Znowu 6 stycznia 1943 r. musiałam iść za Swornegacie zawieść rozkaz, gdy tak wchodzę do lasu patrzę pracuje dwóch pracowników w lesie, gdy skręcam, podchodzę do nich pytam się tu co robią czy pracowali, więc mówię do nich po polsku będę tu wracać za pół godziny, żeby was tu nie było. Słyszycie dzwony, a było to 3 kroki a dlaczego nie jesteście w kościele? I pojechałam.

   Idzie droga pod górę i rowerem trzeba mocno jechać, lecz wysportowana, jadę, aż tu przede mną widzę, jedzie bryczka a w niej policjant niemiecki. Aż drgnęłam, ale jadę i tak, gdy bryczka była koło mnie mój rower byłby oparł się o nią, a gdy tak jesteśmy twarz w twarz. Nie wiem jak się to stało ja z uśmiechem Heil Hitler a szkop nic nie mówił i nasze koła potoczyły się dalej, zdrętwienia uszły, śmiech i strach uszedł i dalej na pedał.

   W tym słyszę szczekanie psów po prawej stronie, musiałam o obławach donieść, a tu już obławy, a ja w środku niej. Szybko do leśniczówki pod górę parę minut już jestem. Otwierają się drzwi przelękniony leśniczy mnie wpuścił byłam pierwszy raz, ale było umówione, że gdy na górze domu firanka się poruszy, a ja koło roweru coś będę reperować wtedy mogą wejść. Więc widzę, że firanka się rusza. Wchodzę, a leśniczy blady mówi szybko  z powrotem bo tu są obławy. Głodna byłam, bo już około 25 km zrobiłam ale tylko szklanka ciepłego wina, i wynocha, jeszcze muszę zaznaczyć, gdy gdzieś wyjechałam, to zawsze do danej przed tym leśniczówki dałam znać gdzie się obracam, nie po to będę z powrotem, ażeby gdy nie będę, to przepadłam. I tak weszłam do Jakusza, było bardzo zimno i Jakuszowa dała mi swoje wełniane pończochy, które miały na kolanach podwójne uwięzione kolanówki, śnieg, mróz czasami rower na plecy i tak trzeba było. Więc, gdy tak wracam już tych pracowników nie było w lesie. Jadę kawał drogi pod Swornegacie widzę i jadę. Przyśpieszam, aby ich dogonić, wtem jeden się oglądał, mówi do drugiego ona jedzie. Dogoniłam ich i przejeżdżam obok nich i to była stegna w lesie, ale jakoś przeleciałam jak na skrzydłach, obok jadą za mną słyszę dyszenie lecę dalej, w tym jeden mówi do drugiego: Goń ją, słyszę sapanie, dyszenie, oj myślę chłopku nie ze mną. Przyśpieszyłam pedał, nie wiem sama, że tyle miałam sił, tylko słyszę za mną: ja nie mogę dalej to nie jest człowiek. Ale mi się udało, jest mała rzeczka przed Swornegacie, gdy się wyjeżdża z lasu, tam jest tylko dość szeroka deska, myślę jak się przedostać, mogę na plecy rower, bo może by mnie chłopcy dogonili. Szybko kierownicę w garść w Imię Boskie i sus, już jestem na drugiej stronie. Tu dużo śniegu bęc w ten śnieg. Rower na plecy i w nogi, gdy przyjeżdżam do Jakusza modlę się pod obrazem Matki Bożej, bo już się o 10 minut spóźniłam dowiedzieli się, że tam, ciężkie obławy, gdy drzwi otworzyłam płacz i śmiech. Bogu Dzięki opowiadam im moje sprawy. I później w wiosce mówiono o mnie ale w duchu, że przed obiadem trzeba być w kościele, a nie na pracę, choć Niemiec każe.

   Gdy wieczorem wróciłam do domu, bo choć mogłam być przez noc u Jakuszów, ale trzeba się meldować, że wracam i wszystko dobrze. Kontakt musiał być utrzymany. Gdyśmy się rozstali i Jakuszowa była to 6 I 1943 r. żeśmy się umówili na spotkanie prywatne na 2 lutego 43 roku. Bo Jakuszowa miała imieniny, a moja rocznica ślubu. Dobrze jeżeli tylko będzie można, to tak. Więc jest 2 luty, jadę rowerem do Czernicy, za Czernicą jest las i droga.

   W pewnym momencie kierownica mi się odwróciła i rower stanął na powrotnej drodze. Patrzę, gdzie jadę  z powrotem. To niemożliwe. Więc nie namyślając się, jadę  z powrotem. Jest to ładny kawał drogi. Wprost tego nikt nie chciał opowiedzieć ani wierzyć, ale we mnie takie coś jest, że wierzę w przeznaczenie. Bardzo niespokojna przez cały dzień, co mogło to być, a Jakuszowie na pewno czekają, ale mówię sobie pojadę jutro. A tu wieczorem już jest cud oznajmiający, że Jakuszów aresztowano.

   Ją zabrano do Stutthofu. Był to prawdziwy cud Matki Boskiej dla mnie. Byłabym tam bez papierów, bym wpadła jak śliwka w kompot. Bo już mnie szukali i dawali 12 tys. za moją głowę. Muszę jeszcze coś takiego opowiedzieć.

   Jednego dnia może w kwietniu musiałam jechać z jednym, który się też ukrywał i był na jednym rowerze przed Ritlem spotkam policjanta niemieckiego i dwie panienki. Krew w żyłach nam stanęła, ale co ryzyko. Zeszłam z roweru, rozmawiam z policjantem, a rower popchnęłam za sobą z Józefem, aby szedł dalej. Policjant do mnie - na jednym rowerze karygodne, a ja do niego: Pan ma dwie a mnie nie życzy jednego, kiedy na jednym rowerze można się przytulić, coś w uszko szepnąć, a tu w lesie nikomu się nic nie stanie. Czaruję go jak mogę. Z tym, że nie jadę daleko tylko tu za mostem, do Leśniczówki. My się wieczorem spotkamy. Posłałam mu całusa z tym,  że wieczorem, poleciałam do mojego rowerzysty, gdy przyleciałam do niego, proszę ażeby mnie pocałował i się pieścił. A ten człowiek był tak przelęknięty, że nie mógł ani stresu przełamać i trzymał rower. Musiałam go po twarzy bić, aby przyszedł do siebie.

   Więc, aby nie moja reakcja, jeszcze lepiej znajomość języka niemieckiego, byłaby wsypa jak najbardziej, a muszę zaznaczyć jak było gorąco w Kosabudach, to na krótki czas żeśmy się ulotnili do Lutyna do Banasiewiczów, a nigdy żeśmy nikogo nie natrafili, ale wtedy był ogromny strach i szybki refleks. Bo mogło się fatalnie skończyć.

   Dwóch na jednego dało by radę ale zawsze poszło 10 Polaków, bo tak Niemcy karali dla zabicia jednego Niemca. Było to wiosną 1943 r. maj może czerwiec. Znowu dostałam rozkaz aby żonę jednego partyzanta przynieść do Huty. A żona jego mieszkała koło strażackiej remizy. Jej mąż był w wojsku, gdy przyszedł na urlop uciekł, aby nie iść do wojska  z powrotem. Więc jadę do Czyczków, wchodzę do mieszkania mówię po niemiecku, i każę się ubrać kobiecie i zacznę jechać. Kobieta bardzo przelękniona, nie wiedziała co robić. Bała się, a gdy widzę, że w strachu przemówię po polsku cała reakcja inna. Ale boi się czegoś. Niestety musi Pani jechać, bo ktoś czeka, chce się z Panią zobaczyć. Poszła w dole mieszkali rodzice powiedziała, że wyjeżdża. Ale nie wie dokąd. Ale wróci, gdy tak jesteśmy pod Kosobudami mówię jej po polsku, że mąż chce się z nią zobaczyć. Pojedziemy do tego gospodarza mówię nazwisko, dziś nie pamiętam. Jest gospodarz za Kosabudamy pod Hutą przed lasem. Gdy będziemy jechać, a nie będzie droga wolna to gospodyni będzie sypać na podwórku jedzenie gęsiom i kurom, a gdy będzie krzyk drobiu, to mamy przyjechać droga wolna. Więc ja przed tą dróżką do zabudowań, kazałam stać kobiecie po polsku, bo bałam się że ucieknie, bo nic nie wiedziała, że się z mężem spotka. Wiedziała tylko, że był w wojsku. Gdy się pożegnała miała łzy w oczach miałam z nią jechać, ale nie chciałam, aby mnie więcej ludzi znało.

    Wszędzie jak upiór, załatwione i koniec. Gdy kiedyś po paru tygodniach jechałam do Chojnic w pociągu. Do mnie kobieta mówi tak. Ja Panią znam. Pani jechała z moją siostrą do Huty do tego gospodarza wymówiła nazwisko gospodarza. Jednak mówię do tej pani, że nie mówię po polsku, na pewno się pani myli. Ale ona się obraca do swojego męża i cicho mówi po polsku. To una je. Ale nic po sobie nie dam znać. Bo zawsze lepiej być nie znaną.

   Latem 1942 r. miałam jechać do Lipusza i donieść rodzinie że syn dostał się do lasu i jest bezpiecznie był to domek czerwony za wioską za rzeczką pod górkę. Gdy tam przyszłam i ostrożnie powiedziałam  o co i po co tu jestem, ludzie tak byli wystraszeni, że prosili, abym poszła tam jak najszybciej bo są pod obserwacją. Na powrotnej drodze weszłam do Tryzera Uzarka, bo dałam powód, że prawdopodobnie mąż mój był tu u nich, gdy uciekał z Kartuz.

Uzarek był wielki Niemiec, miał dalej fryzjerstwo, rozprowadzał gazety niemieckie. Dlatego tam wdepnęłam, chciałam udowodnić, że mój mąż nie żyje, bo jego grób jest pod Wejherowem. A wiedząc, że mąż był u Uzarka, to ten ta nowinę Niemcom przekazał, chciałam udowodnić, że specjalnie przyjechałam do niego, ażeby się tą prawdę dowiedzieć. Jeszcze Uzarek mówił, że Polska wróci, a gdy mąż będzie znowu pracował, to Uzarka dzieci da kształcić. Śmiać mi się chciało, ale chciałam i musiałam ślady zatrzeć. Że naprawdę mąż nie żyje.

   I taka mi wtedy nadarzyła się okazja. Znowu w roku 1943 latem może w lipcu, miałam jechać do Trzebunia, gdyż tam mieszkał szewc. Jemu miałam przekazać informacje o obławach. Więc jadę z Kosolud do Dziemian tam przez las, do Trzebunia, znalazłam określony dom. Gdy wchodzę, patrzę siedzi szewc i jeszcze jeden człowiek, co robić, pytam szewca, czy moje buty gotowe, on się na mnie patrzy, mu oczkuję. I wyzywam co on sobie myśli, tyle czekać i wyzywam aż temu drugiemu się zrobiło przykro. Wyszedł szybko podałam mój pseudonim - Franciszka II. Mówię czy mogę się spotkać z bunkra tego a tego, nie powiada ale komendant jest tutaj. Wprowadził mnie do izby, gdzie ktoś drugi strzygł włosy komendantowi. Po przedstawieniu i oddaniu rozkazu komendant bardzo się zląkł. Bo nic nie wiedział o obławach.

   Z Bogiem, bo muszę jeszcze jechać do Fukswinkel. Więc w nogi. Tu przyjechałam, jest Leśniczówka pytam się czy mogą mi sprzedać jajka. Pies bardzo ostry, a pod budą psa bunkier. Do leśniczego do biura, rozmawiam z nim o przydział drzewa podaję szybko szyfr. Kiedy mam przyjść po przydział. Leśniczy zdumiony pierwszy raz mnie widział, ale orientacja szybko, choćby ktoś był nie byłby się zorientował o co chodzi. I w nogę, gdy już kawałek odjechałam od leśniczówki patrzę a tam jedzie jakaś bryczka przede mną. Szybko na pedał patrzę a pełna bryczka ss-manów. Jeszcze prędzej na pedał, bo muszę być prędzej od nich dać znać, że coś nie w porządku. I tak zawsze czujna nigdy nie żałowałam nóg ani zdrowia.

   Rower mój musiał być zawsze sprawny, o to już dbał Stefek i Józef, a gdy był Leonard w domu to i Leonard. Dzienniczka nie mogłam pisać. Dlatego daty mego wpisu są nikłe ale prawdziwe. Trzeba przewieźć do Skorzewa partyzanta to już chyba nie wiosną 1942. Więc w Łubianie na dworcu odebrałam go. Jedziemy, w Kościerzynie przesiadka, człowiek bardzo przelękniony nie znaliśmy się w pociągu, tylko szedł wszędzie za mną, W Skorzewie pod Kościerzyną na dworcu wysiadka. Idziemy za stacją, gwizdek podeszło dwóch mężczyzn, znacie się, tak. Więc dobrze wszystko, na stacji było skrzyżowanie pociągów, i akurat było tam jakieś zebranie bo i ktoś szedł do pociągu ze swoją świtą.

   Gdy wróciłam z zadowoloną, ale też z odwagi mojej wprost nie wierząc, że tak mogę się przydać. W Kartuzach byłam 4 razy, ale dobrze było choć chwilę mieć mieszkanie i być przy swoich. Bo tak spanie na szopie, w stodole, latem w życie najgorsze były komary.

   Były rozkazy mnie dotyczące. Dla mnie jeszcze najgorsze było to, że jestem bez paszportu. Więc trzeba samej sobie robić. Więc wyciągnęłam dane od Lemańczykowej Heleny z pustków Brus dane i jej rodziny. Dzieci, męża a to wszystko dyskretnie, aby nie wiedziała i z tym poszłam do Magistratu Brus.

   Mój brat przysłał mi telegram, że jest w szpitalu i mam do niego przyjechać. Więc wzięłam telegram i idą nasi Lemańczykowie. Mnie proszą abym nie szła. Ale musiałam bo nie było ratunku bez papierów ale też wiedziałam, że jest nowy pracownik przy wydawaniu dokumentów w Brusach. Więc dalej w Imię Boże.

   Gdy wchodzę Pani w Magistracie mnie nie zna. Ja płaczę, że mój brat jest ciężko chory pokazuję telegram i proszę, aby mi wydała tymczasowy paszport. Mówię jestem Eingedeutsch muszę przyjść po inny dowód, ale to tylko na parę dni. Wacha się, ale ja natrętnie proszę o wydanie mi paszportu. Mówi mi, że to zdjęcie nie jest do paszportu. Mówię, że innego nie mam chwilowo, siedzę bokiem z uśmiechem, ale 9x9. Przyniosę inny, ale gdy wrócę.

   I coś cudnie wypisują dla mnie, dowód osobisty granatowy. Jej serdecznie ze łzami dziękuje, ale teraz niech burmistrz podpisze. Krew mi w żyłach zatrzymała się, ale nie mam rady w Imię Boże. Wchodzę do burmistrza jest, ale nie ma czasu. Ja w płacz dobrze mówię po niemiecku, burmistrz od drzwi wraca - podpisuje. Ja nie wiem już jak cudownie mogłam mu podziękować.

   I poszłam, a w domu wszystko czeka, że nie wrócę, A gdy mnie widzą to się śmieją, że nie poszłam. A tu....pokazuję brak słów, chyba Cud Boski. Owszem cuda chodzą po świecie tylko ludzie w to nie wierzą.

   Nikomu o tym nie mówiąc, już mi lepiej chodzić, jeździć. Czy do Gdyni, gdzie mam 3 braci Bernarda Krygiera, Leona Krygiera i Roberta Krygera.

   Pojechałam do Gdyni. Już mogłam się ładnie legitymować byłam 10 lat młodsza miałam 4 dzieci byłam w Brusach rodzona nazywałam się Helena Lemańczyk, z domu Zabrocka. Wydany dowód w 1943 r. więc już po kontrolach. Pamiętam Kaszubowski SS-man legitymował mnie w Lipuszu, a gdy mnie legitymował miałam walizeczkę i zawsze ręczne roboty i swetry robiłam, ale jednak mi serce waliło mimo to, wtem wchodzi konduktorka pyta o bilet, a Kaszubowski zaraz buch do mojej walizki. Ale musiał w przód oddać bilet, a w tym konduktorka pyta, dokąd chce pan jechać. To jest bilet do Tczewa a Pan wraca do Brus, bo w Lipuszu było skrzyżowanie. Śmiała się z niego. On zawstydził się oddał mi szybko dowód, wyszedł. Konduktorka została na korytarzu wagonu patrząc przez okno w dal. Ja podeszłam do niej i po polsku jej dziękuję, bo Polki miały znaki na kołnierzu.

   Nic nie odpowiedziała, tylko mruczała żreć im się chce znowu, chcą ludzi okraść, ale po niemiecku. Mówiłam jej my się spotkamy po wojnie. Cisza bo przyszła stacja i ja wracałam do Brus. A mój dom był Kosobudy u Mikołaja.  Jednak dużo mi pomógł mój dowód.

   Znowu te same porcje, dowóz żywności, tylko mi został Młyn Czernica. Jednego razu w 1943 r. jedzie ze mną Stefan Sumionka, a było tak ciemno, że nie widać ręki przed sobą. Jedziemy przez Męcikał a raptem koń stanął nie chciał iść dalej. Stefek zeskoczył i mi przepadł, czekam, coś się stało, aż za chwilę Stefek sapie i mówi żeśmy pomylili drogę. Jesteśmy już nad szosą, ale nas dzieli wysoki rów. Gdyby koń szedł dalej to byśmy wóz złamali, a kto wie co byłoby z nami. Stefek wziął konia za uzdę i bokiem sprowadził.

   Jednak koń ma duży instynkt, nie wiadomo co by z nami było, gdyby nie mądrość konia.

Wspomnienie z więzienia – listopad 1939 r.

   Kiedy z więzienia słyszałam ryk, bicie koni i tłuczenie czegoś na ulicy, byłam pewna, że polskie wojsko nas wyzwoli. Bo jednak Bortnowski miał iść nam do pomocy. Więc już skaczę, cieszę się w mojej celi, nogi bolą od ran, rany nie chcą sie goić, bo nie ma maści. Ale radość, polski żołnierz mnie wyzwoli, chyba jego stopy będę całować.

   Gdy tak się raduję i obserwuję z okna na dziedzińcu wachmanów, czy czasem nie uciekają. Ale nie. Więc wołam do wachmana: Was ist da in der Stadt – co tam jest w mieście taki hałas. A on do mnie: Tą Madonnę wyrzucili. Oczy mi wyszły na wierzch, co? Mówię. Ale pomyślałam, to nie polskie wojsko ! Ten żołnierz mówi, „to nie my, to tutejsi”, więc ci Niemcy, co tu mieszkali. Ja mu na to, gdy ja stąd wyjdę, to ją z powrotem postawię. A żołnierz postawił się szeroko, ręce w bok ujął i tak mówi: „Ani ty nie wyjdziesz, ani Madonna więcej stać nie będzie”.

  Tak los chciał, gdy Bogu coś przysięgniesz, nie zapomnij.

  Trzeba więc było dalej się przygotowywać na śmierć. Nic z mojej uciechy, a teraz jeszcze to, że naszą Matkę Boską z parku wyrzucili. Chyba już teraz nie ma ratunku. Zginiesz. Płacz i lamentowanie nic nie pomogło. Ale, gdy tak los chciał, że 26 listopada 1939 r. zostałam zwolniona z więzienia. Z tym, że nie wolno mi było opuszczać miasta.

  A Polizei-Inspektor Borken bez przerwy się pytał, co będę robić. Powiedziałam mu, że wprzód muszę wyzdrowieć, a potem nie wiem. Ale w styczniu musiałam opuścić miasto z powodu ponownego aresztowania. Uciekłam do Brus raczej Kosobudy do Mikołaja Sumionki i tam przebywałam do 15 marca 1944 r.. Przeżyłam bardzo dużo.

  A gdy miałam wolność, to pierwsze było, aby się zabrać do odbudowy naszej Madonny. Pieniędzy nie było, mieszkania nie było, ale była chęć i stworzyłam teatr.

   Przed wojną do 1939 r. mój ojciec Józef Krygier miał w PKP dział kulturalny i ja przy każdej scenie odgrywałam najważniejszą rolę jako kobieta. Więc zebrałam dziewczynki i ćwiczyłam teatr. Jako reżyser miałam i główną rolę. Za wieczną prawdę. Dramat religijny w pięciu  aktach. Zofia Głosówna.

  Tę sztukę odegraliśmy we wszystkich większych wioskach powiatu kartuskiego i w Kartuzach. Z tego zebrałam osiem tysięcy zł.. I Pan Miąskowski, ul. Gdańska, Kartuzy, kamieniarz skleił rozbitą Figurę, co kosztowało dużo roboty. Cały tył Figury był rozwalony, promienie połamane. Myśmy znaleźli tę połamaną Figurę w Refektarzu. Była tam kupa kamieni, a nikt nie wiedział, że Ona tam jest. Proboszcz Połomski z parafii kartuskiej zginął w Stutthofie, a do Refektarza nie wolno było nikomu zaglądać. Były tam olbrzymie skrzynie z ołtarzami z kościołów z Gdańska. Ale dla mnie nie trzeba było klucza.

   Tak więc 14 października 1945 r. odbudowano naszą Matkę Bożą w Parku Kartuskim, która króluje nam do tej pory.

   Ja moją misję spełniłam. Jak chcesz, to wszystko można zrobić tylko trzeba trochę poświęcenia.

Źródło:Muzeum Kaszubskie im. Franciszka Tredera w Kartuzach, AH 277, Pamiętnik Anny Dziewiątkowskiej.

                                                        *****

   W 1995 r. Figura Matki Boskiej Królowej Korony Polskiej została odnowiona przez ówczesnego Burmistrza Kartuz Mariana Wilkowskiego, a cokół obłożony został płytami marmurowymi i oparzony  napisem  „W hołdzie zasłużonym mieszkańcom Kartuz”.

   W tej kwestii konsultował się i ze mną, i słuchał uważnie wskazówek.

   A dzisiaj…

   W wielu kwestiach władza wie, co robi. Naturalnie, wie najlepiej, a za lat kilka będą skutki. A miało być tak dobrze, a wychodzi jak zwykle…

Czytany 583 razy Ostatnio zmieniany piątek, 22 lipiec 2016 18:58
Norbert Maczulis

Zapraszam na stronę portalu Szwajcaria-Kaszubska.pl gdzie można przeczytać moje publikacje.

Dyrektor Muzeum Kaszubskiego w Kartuzach (do 30 kwietnia 2015), Norbert Maczulis

Mój profil na fb.com/norbert.maczulis

Skomentuj

Komentarz zostanie opublikowany po zatwierdzeniu przez redakcję.


Proszę rozwiązać proste zadanie (blokada antyspamowa):

Skocz do:

Rzemiosło i rękodzieło

Sklep z Rzemiosłem i Rękodziełem
Galeria Kaszubska

Polecamy

Hotel Szymbark
( / Baza noclegowa)

Zdjęcie z galerii

Ostatnie komentarze

Gościmy

Odwiedza nas 154 gości oraz 0 użytkowników.

szwajcaria-kaszubska.pl